Piątkowe "Myśmy wszystko zapomnieli" Rafała A. Ziemkiewicza stanowi być może najważniejszy tekst w jego życiu. Nie dlatego, że autor z właściwą sobie nieubłaganą logiką obnażył nikczemność i głupotę dotychczasowego podejścia polskich elit do sprawy upamiętnienia kresowej tragedii. Nie dlatego, że bezkompromisowo nazwał zło złem a ludobójstwo ludobójstwem. Nie dlatego, że w swoim artykule popisał się znajomością tematu, jakiej próżno szukać u jego kolegów po piórze. Nie dlatego, że przypomniał o obchodzonej wciąż rocznicy. Dlatego, że w wysokonakładowych mediach zrobił to wszystko bodaj jako... pierwszy.

Od kiedy sięgam pamięcią, polskie media na temat ludobójstwa nacjonalistów z OUN i UPA traktowały z niechęcią, a jeśli coś pisały, to w mdłym tonie a'la „lała się krew pobratymcza a wina leży pośrodku". Jakakolwiek próba powiedzenia prawdy bądź upamiętnienia tamtej zbrodni kończyła się wściekłym atakiem, zazwyczaj prowadzonym przez Gazetę Wyborczą. To ona celowała w tytułach: „Pomnik nienawiści", „Pojednanie zagrożone" czy „Ukraińcy obrażeni", zbierała podpisy przeciwko budowie pomnika zamordowanych kresowiaków, posuwała się nawet do obrony ukraińskich esesmanów z SS-Galizien. Nie jest przypadkiem, że monumentalne „Ludobójstwo..." Siemaszków, praca pionierska w swoim rodzaju w Polsce, nie doczekała się recenzji w organie Michnika. Doczekała się natomiast paszkwila Sławomira Sierakowskiego, piewcy komunizmu, człowieka relatywizującego wywołanie Wielkiego Głodu, pod znamiennym tytułem „Chcemy innej historii" (GW nr 135 z 11.06.2003)

Ale tłumaczenie zakłamania i milczenia elit wpływem Gazety Wyborczej byłoby zbyt proste. Choćby dlatego, że zjawisko to zaczęło się zanim powstała gazeta z Czerskiej. Powiem wręcz, że wymyka się ono poznaniu i nawet mnie, oczytanemu w temacie, wydaje się czymś tajemniczym, magicznym, jakby rzuconym urokiem. Sążnisty artykuł w tej sprawie napisała dr Lucyna Kulińska, jednak i on nie wyczerpuje tematu. Śmiem twierdzić, że jest to zjawisko, które potrzebuje swojego badacza. Badacza, który wgryźć się będzie musiał w fobie, kompleksy i stereotypy tkwiące w pewnych środowiskach a nawet pojedynczych osobach. Cóż dopiero mają powiedzieć prości chłopi, główne ofiary tego ludobójstwa, nie potrafiący sobie wytłumaczyć obojętności Polski (nie mówiąc o świecie) na jedno z największych i najokrutniejsze z ludobójstw XX wieku, dowiadujący się wręcz, że są sami sobie winni jako „okupanci Ukrainy", a jakby tego było mało, ich oprawcom stawia się dziś pomniki. Zwyczajnie skarżą się, że pochodzą od „gorszego Boga".

Niezależnie od przyczyn, udało się zapędzić wszystkich, którzy mówili prawdę o tym ludobójstwie do getta narodowo-radykalnych „oszołomów", jak wyraził się RAZ i wypchnąć tę tragedię z publicznej świadomości. Jak pisał świadek, akowiec Andrzej Żupański, na początku lat 90-tych nikt nie chciał z nami rozmawiać na temat dowodów przez nas zebranych, traktując je jako niewiarygodne, stronnicze i antyukraińskie. Mówiono nam też, szczególnie partie polityczne do których zwracaliśmy się, że to sprawa historyków. Ale żadna uczelnia nie zabierała się do tej białej plamy.
Nie interesowała się tematem telewizja i kinematografia. Scenariusz Mad Doga „Cisna'47", pochwalony przez samego Zygmunta Kałużyńskiego spotkał się z obojętnością filmowców. Nie wierzyli, że coś takiego wydarzyło się naprawdę. Można odnieść wrażenie, że w wolnym kraju powstał „drugi obieg" zajmujący się dochodzeniem do prawdy o zbrodniach na Kresach. Z jednej strony seminaria „Polska-Ukraina", kontrowersyjne, mało płodne ale potrzebne choćby z tego powodu, że zwróciły uwagę historyków ukraińskich na istnienie problemu, z drugiej strony organizacje kresowe i związani z nimi historycy-amatorzy dokonujący rzeczy, które przerastały możliwości zawodowych historyków. W głównym obiegu głucha cisza lub niedopowiedzenia, manipulacje a nawet kłamstwa.

Kres hegemonii Gazety Wyborczej na rynku medialnym i związany z tym spadek znaczenia „salonu", rozwój internetu i - last but not least - mozolne przebijanie się niezależnych historyków z prawdą o Wołyniu i Wschodniej Galicji spowodowało, że w końcu dziennikarz mainstreamowego medium bez obawy o narażenie się na ostracyzm, odważył się postawić sprawę jasno i dobitnie, rzucić geszefciarzom i manipulatorom prawdę o kolejnej „hańbie domowej" w oczy.

Panie Rafale, wielkie dzięki!

 


Na zdjęciu: tablica poświęcona Romanowi Szuchewyczowi, dowódcy UPA, prowokacyjnie umieszczona na polskiej szkole we Lwowie. Szuchewycz jest odpowiedzialny za wydanie rozkazu modowania ludności cywilnej i śmierć dziesiątków tysięcy Polaków, głównie kobiet i dzieci. Właśnie zapadła decyzja o budowie jego pomnika we Lwowie.
Źródło zdjęcia: Wikipedia

PS: zrobiłem z p. Andrzeja Żupańskiego historyka, tymczasem jest on działaczem stowarzyszeń akowskich (poprawione 29.04.08).

 

Tekst pochodzi z bloga Mohorta