Od dłuższego czasu nie nocowaliśmy w domu. Spaliśmy w różnych kryjówkach w lesie. Obawialiśmy się napadu Ukraińców. Mordowali oni Polaków, a szczególnie pracowników służby leśnej. O takich wypadkach było coraz głośniej i do nas dochodziły coraz to nowe wieści o napadach na gajówki i leśniczówki.


Mój ojciec był podleśniczym (...). Tego tragicznego dnia (...) siedzieliśmy jeszcze z ojcem w mieszkaniu. Zapadał już zmrok. (...) Wychodziliśmy [by skryć się] całą rodziną. W leśniczówce pozostała tylko nasza służąca z moim dzieckiem, młoda Ukrainka, traktowana przez nas jak członek rodziny.


(...) Za chwilę [ktoś] zaczął mocno stukać do drzwi.(...) Tatuś wtedy powiedział: „uciekaj, ja wezmę tylko karabin.” Wszyscy razem wybiegliśmy tylnymi drzwiami na podwórze. (...)
Banderowcy znaleźli ojca w stajni. Ojciec powiedział im, że dziecko jest jego wnuczką, nie wiedząc o tym, że Marysia [ukraińska służąca – przyp.Mohort] powiedziała banderowcom, że jest ono jej.
Zabrali Ojcu karabin, zegarek, pieniądze.


Na nic zdały się prośby i błagania dziewczyny, by pozostawili dziecko w spokoju.
Ojcu kazali zdjąć kurtkę, bluzę oraz obuwie. Kazali mu położyć się twarzą do ziemi i strzelili kilka razy w tył głowy. (...) Zabrali Marysi dziecko i kazali jej uciekać. Dziecko zabili kolbami, miało 22 miesiące.


Uciekłam do mieszkania naszego sąsiada Ukraińca, miejscowego kowala. (...) Jego córka, moja koleżanka (...) po chwili wpadła do mieszkania i krzyknęła: „Janka uciekaj, bo idą do naszego domu.” Wyszłam, ale nie miałam sił, by dalej uciekać i nie wiedziałam, gdzie mam uciekać. Usiadłam pod ścianą domu kowala od strony ogrodu i tak niewidoczna przedrzemałam prawie przez całą noc. (...)


Z daleka widziałam, jak płonie nasz dom i podleśniczówka, w której mieszkał Jasio Słoma z żoną. Kiedy na dworze zrobiło się całkiem jasno, wyszłam z ukrycia.


(...) wszyscy, którzy przebywali w tym czasie w leśniczówce zostali zamordowani. Razem 13 osób i moje dziecko. Znaleziono ich w piwnicy. Byli zakłuci bagnetami. Chodziłam z jednym policjantem niemieckim, znaleźliśmy pod płotem Jaśka Słomę, miał 15 ran kłutych w plecach (...). Jego żona miała 6 ran kłutych i leżała w kuchni. Nadpalone zwłoki mego ojca leżały w pobliżu zgliszcz stodoły, a moje dziecko na wpół spalone w pobliżu zgliszcz domu. Wszystkich pomordowanych pochowała firma niemiecka [właściciel lasów] na własny koszt (...).

Odnalazłam ukryty w piwnicy kuferek z moimi rzeczami, czarną sukienką, obuwiem i innymi rzeczami, które zabrałam ze sobą do Borysławia. Tam mieszkałam przez 6 miesięcy. Następnie wyjechałam w okolice Tarnowa, gdzie pracowałam. Pod koniec 1944 roku zabrano mnie na roboty do Niemiec. (...) Tam poznałam swego przyszłego męża narodowości holenderskiej i w marcu 1945 roku wzięliśmy ślub. Po zakończeniu wojny razem z mężem wyjechałam do Holandii i tu pozostałam na zawsze.

Rotterdam 1949 Janina Pit z d. Pittner
________

Nie udało mi się znaleźć relacji „rocznicowej”, więc zamieściłem tę opowiadającą o wydarzeniach z sierpnia 1943 roku w Majdanie (pow. Drohobycz, woj. Lwów). Ale równie dobrze mogła wyglądać tak napaść na leśniczówkę w Sokołówce (pow. Złoczów, Tarnopolskie), w której 12 stycznia 1944r. zginęły 4 osoby.

Poświętam ten post martyrologii polskiej służby leśnej na Kresach Południowo-Wschodnich w latach 1943-44 z rąk nacjonalistów ukraińskich.

________

Przed wojną praca w służbie leśnej cieszyła się w Polsce szacunkiem, równym niemal prestiżowi lekarza, księdza czy ziemianina. Często obejmującemu swe stanowisko nadleśniczemu pierwszą wizytę składał lokalny starosta a nie odwrotnie. Specyfika zawodu leśnika – ponadstuletnia tradycja, mundur, broń, myślistwo, ogromna wiedza o przyrodzie, zamieszkanie w lesie, a także wysokie zarobki i opieka nad majątkiem wielkiej wartości – kształtowała szczególny gatunek ludzi: indywidualistów, jednak o wielkiej świadomości społecznej i patriotycznej.

Pierwsza sowiecka deportacja przetrzebiła szeregi leśników i robotników leśnych, lecz ocenia się, że pozostało ich na całych Kresach około 16 tysięcy.

W czasie wojny leśnictwo znajdowało się pod zarządem niemieckim. Wyższe stanowiska zajęli Niemcy, Polacy i Ukraińcy stanowili niższy personel. Nadleśniczy, leśnicy i gajowi mogli posiadać jedynie broń śrutową.

Według szczątkowych danych – mieszkali przecież leśnicy często na odludziu, stąd brak świadków – na Wołyniu z rąk nacjonalistów ukrańskich zginęło co najmniej 395 leśników źródło. Nie można zapominać, że wraz z nimi ginęły ich rodziny.

Drugie półrocze 1943r. oraz początek 1944r. stanowiły w Galicji (Małopolsce) Wschodniej tzw. okres pregenocydalny, w którym banderowcy „eliminowali” elity polskiej społeczności. Zanim doszło do masowej eksterminacji oraz wypędzeń ludności, dokonywano mordów na wybranych osobach, w tym leśnikach. Sprawozdanie sytuacyjne Sekcji Wschodniej Dep. Informacji i Prasy Delegatury Rządu RP na Kraj mówiło:

„(...) Celem trzecim [nacjonalistów ukraińskich - M.] jest zlikwidowanie polskiej służby leśnej t.j. inżynierów leśników, gajowych itp. Jest to planowe oczyszczanie lasów, aby umożliwić swobodę ruchu organizującym się bandom ukraińskim.”

Ciężko o celniejszy opis. Polska służba leśna, masowo zaangażowana w konspirację AK, mogłaby stanąć na zawadzie planowanej eksterminacji ludności, jak i stanowiłaby ważny czynnik w razie powtórzenia się roku 1918 czyli wybuchu walk polsko-ukraińskich o Galicję. Od lipca 1943 roku przez Galicję przeszła fala napadów na leśniczówki.

Zdarzało się, że ginęli leśnicy w męczarniach – napastnicy mając więcej czasu niż przy napadach na osady wiejskie, często pastwili się nad swoimi ofiarami. Tak na przykład 15.11.1943r. w leśniczówce Hutniakowska (pow. Brody, Tarnopolskie) leśniczemu Gwidonowi Prohazce ucięto język, wydłubano oczy i połamano palce. Podobnym torturom poddano Grzegorza Żelaznego z leśniczówki Rąbana (grudzień 1943, pow. Brody).

Eskalacja mordów wzmagała czujność leśników, którzy organizowali samoobronę i starali się nie nocować w domu. Zdarzało się, że dochodziło do prawdziwych bitew z upowcami. Np. w Zubrzycy koło Turki 28.09.1943r. kilkunastu Polaków broniło się przez kilka godzin. Zadusili się dymem w podpalonym budynku nadleśnictwa.
W Sokołówce (pow. Złoczów, Tarnopolskie) kilkunastu leśniczych 18.11.1943 przez kilka-kilkanaście godzin odpierało atak UPA. W walce zginął gajowy i jeden z urzędników nadleśnictwa, napastnicy również mieli kilku zabitych i w końcu odstąpili.

Podobnie jak w przypadku Wołynia, ciężko oszacować straty służby leśnej na terenach Galicji (Małopolski) Wschodniej. Tylko w styczniu 1944 roku wg moich obliczeń zginęło tam co najmniej 75 osób – pracowników leśnictwa i członków ich rodzin. Z pewnością również i tu całkowita liczba ofiar idzie w setki. Upowskie „oczyszczanie przedpola” przed wielką czystką w Galicji w pełni się powiodło; jak pisał upowski historyk Petro Mirczuk:

„Leśne tereny Karpat całkowicie uwolniły się spod niemieckiej [sic!] kontroli, ponieważ zatrudnieni w lasach w większości polskiego pochodzenia pracownicy leśni i leśnicy porzucili swoje miejsca pracy i z rodzinami pouciekali do miast albo na zachód.”

Wieś Podhajce (gmina Jarosławicze, Wołyń). Służba leśna przed budynkiem leśnictwa na zdjęciu z roku 1936. Pierwszy od lewej gajowy Globowski, pierwszy od prawej gajowy Józef Walawko. Wszyscy zostali zamordowani przez UPA w latach 1942-1944. źródło
________________

Źródła:
G. Motyka, “Ukraińska partyzantka 1942-1960”, Warszawa 2006
H. Komański, S. Siekierka, „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie tarnopolskim 1939-1946”. Wrocław 2006.
S. Siekierka, H. Komański, K. Bulzacki, “Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie lwowskim 1939-1947”, Wrocław 2006

Strona internetowa http://www.lasy.com.pl/a/artykul/ida/1818/

 

Tekst pochodzi z bloga Mohorta